Wcielony w 2001 roku jeszcze jako poborowy, odszedł w 2018 jako instruktor szkolenia górskiego. Przez te siedemnaście lat jednostka z Lublińca zmieniła nazwę, strukturę i sposób szkolenia, a on był przy każdej z tych zmian — zwykle akurat na misji. Mł. chor. rez. Krystian Wójcik opowiada, jak wyglądała selekcja, na którą chodziło się w lasy pod Lublińcem, dlaczego wrócił na nią dwa tygodnie po tym, jak odpadł, i dlaczego rok 2004 wspomina jako jeden z najczarniejszych okresów dla operatora.
8 października Jednostka Wojskowa Komandosów obchodzi podwójny jubileusz: 65 lat od powstania formacji, której jest kontynuatorką, i 15 lat pod obecną nazwą.
Kontynuujemy nasz cykl na Święto Jednostki Wojskowej Komandosów. Zdjęcia w tekście pochodzą z archiwum Krystiana Wójcika.
Nasz rozmówca wszedł do 1. Pułku Specjalnego Komandosów w 2001 roku, kiedy trzonem jednostki byli jeszcze żołnierze z poboru. Wyszedł z Jednostki Wojskowej Komandosów w 2018, po pięciu wyjazdach na misje i sześciu latach pracy w Pionie Szkolenia.
W rozmowie prowadzi przez zmiany, których był świadkiem: koniec poboru i uzawodowienie, rozwiązanie batalionów specjalnych i powstanie zespołów bojowych, pierwsze naszywki z tradycjami Armii Krajowej, wreszcie zmianę nazwy na JWK — która, jak przyznaje, wcale mu się nie podobała.
Mówi też o rzeczach, o których zwykle się nie mówi: o kandydacie, który odpadł, bo spóźnił się kilka minut na ostatni punkt, i o okresie, w którym operatorzy po powrocie z Iraku poszli pilnować płotu Jednostki.
mł. chor. rez. Krystian Wójcik — żołnierz 1. Pułku Specjalnego Komandosów, a następnie Jednostki Wojskowej Komandosów w latach 2001–2018. Wcielony jako żołnierz służby zasadniczej, po uzawodowieniu jednostki przeszedł selekcję w 2002 roku i służył w Zespole Bojowym C. Uczestnik pięciu misji: dwóch w Iraku (2004 i 2007) oraz trzech w Afganistanie (2010, 2011 i Kabul). Od 2012 roku w Pionie Szkolenia jako instruktor szkolenia górskiego i wysokościowego Wojsk Specjalnych. Autor wspomnień „Stara Paka No. 3” (Bellona, 2021).
Jednostka, która zmieniała nazwy
Wszedłeś do 1. PSK w 2001, wyszedłeś z JWK w 2018. Ta sama jednostka, dwie nazwy. Kiedy poczułeś, że to naprawdę coś innego — a kiedy, że to dokładnie to samo?
Że to coś innego, to chyba tego nie poczułem przy zmianie nazwy. W ogóle jednostka 4101 na przestrzeni lat wielokrotnie zmieniała nazwy.

Na początku została wydzielona z 6. Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej jako osobna jednostka, czyli 26. Batalion Rozpoznawczy — to było w latach 1961–1964. W 1964 roku nazwę zmieniono na 1. Batalion Szturmowy; jednostka stacjonowała już w Dziwnowie. Później została przeniesiona do Lublińca. W 1993 roku jednostka się rozbudowała i zmieniła nazwę na pułk specjalny, a w 1995 na 1. Pułk Specjalny Komandosów — słowo „komandosów” miało być wyróżnikiem odnoszącym się do tradycji z okresu drugiej wojny światowej. W 2011 roku jednostka przyjęła nazwę Jednostka Wojskowa Komandosów.
Może nie będzie to popularne, jeśli się przyznam, że mnie osobiście ta nazwa się nie podobała. Ale już się z nią obyłem i w zasadzie nie odczułem tej zmiany. Pamiętam, że byłem wtedy w Afganistanie, w 2011 roku. Nie odczułem, żeby coś wyjątkowego się wtedy zmieniło.
W 2002 zawiesili szkolenie poborowych i zaczęło się uzawodowienie. Jak to wyglądało od środka? Z dnia na dzień czy latami?
Może od końca: uważam, że trwało to latami. Ten początek był nawet bardzo trudny i ciężki organizacyjnie, ponieważ trzonem jednostki do tamtego czasu cały czas pozostawali żołnierze z poboru, żołnierze służby zasadniczej.
Kiedy oni opuszczali teren jednostki, te stanowiska nie były uzupełniane kolejnymi poborami. Więc zwyczajnie, mówiąc wprost, brakowało ludzi do pracy. Brakowało ludzi do zabezpieczenia codziennego funkcjonowania jednostki.
Później pobór jeszcze się odbywał, ale były to niewielkie liczby żołnierzy. Przyjmowani byli na stanowiska naprawdę mocno potrzebne — wiem, że w składzie kuchni funkcjonowali żołnierze służby zasadniczej, w pododdziałach logistycznych pojedyncze osoby jeszcze były przyjmowane.
Byłeś poborowym w jednostce specjalnej. Dziś to brzmi jak z innej epoki. Jak wtedy wyglądał zwykły dzień takiego żołnierza?
Miałem takie — nie wiem, nieszczęście czy szczęście, chyba bardziej szczęście — że byłem tym poborowym. Na sam koniec się załapałem, ponieważ mój pobór jeszcze początkowo szedł normalnym torem szkolenia żołnierzy służby zasadniczej, takich przewidzianych do pododdziałów bojowych, do kompanii specjalnych, do kompanii dywersyjno-rozpoznawczych. Jednak podczas końcówki tej służby obowiązkowej szkolenia już w zasadzie nie było.
Pobór po nas rozpoczął szkolenie specjalistyczne w Szkole Podoficerów i Młodszych Specjalistów Działań Specjalnych. W tej szkole byłem tak zwanym żołnierzem funkcyjnym, czyli dowódcą grupy. Początkowo oni szkolili się normalnie w swoich specjalnościach, jednak w pewnym momencie szkolenie zostało formalnie zawieszone. Dwie kompanie szkolne połączono w jedną, która nadal funkcjonowała pod nazwą Pierwszej Kompanii Szkolnej — jednak ci żołnierze pełnili już tylko warty. A ja wraz z nimi po prostu chodziłem na te warty, bardzo dużo, w roli tak zwanego rozprowadzającego.
A koledzy z Twojego poboru, którzy trafili do pododdziałów bojowych?
Moi koledzy z mojego poboru, którzy nie zostali w szkole, tylko poszli w skład 3. Kompanii Specjalnej, początkowo się szkolili, wykonywali różnego rodzaju ćwiczenia — takie, jakie są przewidziane w ramach szkolenia kompanii specjalnej żołnierzy służby zasadniczej. Jednak w późniejszym okresie również naprzemiennie z kompanią szkolną pełnili warty.
Wykonali podczas swojej służby jeden skok spadochronowy. Chyba tak, na otarcie łez, dla żołnierzy, którzy mieli ambicję zrobić coś fajnego, przeżyć fajny czas w jednostce specjalnej.
Czerwiec 2004: dwa bataliony znikają, pojawiają się trzy Zespoły Bojowe. Co to zmieniło w robocie?
Ten czas rozwiązania batalionów specjalnych i przemianowania ich na zespoły bojowe również spotkał mnie na wyjeździe, na misji w Iraku.
Cała ta misja była w ogóle takim przełomowym momentem — przynajmniej u mnie, przynajmniej wśród kolegów, z którymi pracowałem. Spotkaliśmy się z realnymi zadaniami, które były przed nami stawiane, i je wykonywaliśmy. Pierwsze kontakty ogniowe, pierwsze akcje bezpośrednie. Wszystko to bardzo mocno napędzało nas do pracy. A kiedy jeszcze zostały wprowadzone te zmiany nazw i struktury jednostki, to tym bardziej nas podkręcało.
Zostaliśmy operatorami. Takie określenie żołnierza jednostki specjalnej było do tamtego czasu zarezerwowane tylko dla GROM-u — to tam funkcjonowały takie nazwy stanowisk.
Więc to tym bardziej nas podkręcało do pracy. Czuliśmy się wyróżnieni. Przynajmniej ja się czułem bardzo wyróżniony, że jestem operatorem zespołu bojowego, a nie — tak jak pojechałem wtedy do Iraku — zwiadowcą w kompanii dywersyjno-rozpoznawczej.
Co zmieniło się w robocie? W robocie niewiele. Dalej wykonywaliśmy to samo. Zmieniła się tylko nazwa.
Zespoły bojowe dostały swoje tradycje — „Miotła”, „Commando”, „Parasol”, „Zośka”. Ludzie od razu to kupili, czy przyszło z czasem?
Zespoły nie dostały tych tradycji na początku, ponieważ one już wcześniej w jednostce funkcjonowały. Bataliony specjalne dziedziczyły tradycje tych batalionów Armii Krajowej. Zespół Bojowy C dostał, jeśli dobrze pamiętam, po 1. Batalionie Specjalnym tradycję batalionu „Parasol”.
Czy ludzie od razu to kupili? Nie wiem, jak rozumieć słowo „kupili”. Mieliśmy te tradycje wpisane, jednak muszę przyznać, że początkowo nie do końca obnosiliśmy się z tym. Może byliśmy jeszcze zbyt młodzi, żeby zdać sobie sprawę z tego, co ktoś nam dał.
A kiedy to się zmieniło?
Dopiero po jakimś czasie. I muszę przyznać, że powstało to w Zespole Bojowym C — ktoś wpadł na pomysł. Był to albo Hans ze Starej Paki, albo Łasuch, również ze Starej Paki; wiem, że jeden z tych dwóch kolegów. Zaproponowali, żeby zrobić sobie naszywki właśnie takie z parasolem, z batalionu „Parasol”.
To oczywiście bardzo fajnie siadło w zespole. Wszyscy chętnie sobie takie naszywki zamówili i je nosiliśmy. Polecieliśmy chwilę później do Afganistanu z tymi naszywkami. Wielu współpracujących żołnierzy i innych ludzi z wielką ciekawością patrzyło na to, jak je nosimy.
Początkowo nosiliśmy je w barwach takich, jakie są do dzisiaj, czyli formalnych — czarnej, granatowej. Później dopiero powstały w barwach maskujących. Próbowaliśmy nawet zrobić tak, aby tego typu wyróżnik nosili tylko operatorzy grup specjalnych. No ale było to niesprawiedliwe wobec pozostałych żołnierzy, którzy operatorami nie byli, więc ten pomysł został zaniechany.
Jedna rzecz, która przez te 17 lat zmieniła jednostkę najbardziej?
To jest dosyć trudne pytanie, ale wydaje mi się, że to, co zmieniło jednostkę najbardziej, to udział w misjach bojowych. Bo tam po prostu życie weryfikowało nasz poziom zaangażowania w szkolenie, nasz poziom wyszkolenia, sposób przygotowywania się do misji, zaangażowanie w rozwój. Niezamykanie się na zmiany szkoleniowe, nietrzymanie się kurczowo utartych kanonów.
Myślę, że to najbardziej zmieniło — czyli misje bojowe. Po prostu życie wymagało od nas ciągłych zmian. Czyli to nie był jakiś jeden moment, tylko proces, który trwał.
Selekcja w lasach pod Lublińcem
Zanim doszło do misji, trzeba było wejść do jednostki. Twoja selekcja, 21 października 2002 — czym się różniła od tego, co było wcześniej? Co się zmieniło w nowym standardzie?
Nie wiem, czy „w nowym standardzie” to jest prawidłowo zadane pytanie, dlatego że w ogóle selekcja w jednostce w tamtym czasie była czymś nowym. Dopiero stawała się standardem. Ciężko nawet powiedzieć, czy to wtedy już był standard.

Wcześniej nie było czegoś takiego jak selekcja. Dobór ludzi do pododdziałów bojowych, żołnierzy zawodowych, oczywiście był — próbowano zrobić go na wzór jednostki GROM. W ogóle wymóg selekcjonowania ludzi w taki sposób był wzorowany na GROM-ie, ponieważ tylko w tej jednostce w Polsce była wtedy prowadzona tego typu selekcja. A także na wzór zachodnich formacji specjalnych, gdzie ten dobór ludzi musiał być w jakiś sposób prowadzony.
Wiem natomiast, czym moja selekcja różniła się od dzisiejszej. Potrzeby naboru ludzi były wtedy tak wielkie, że selekcje odbywały się cztery razy w roku — dwie na wiosnę i dwie jesienią. To było na tyle spore obciążenie dla jednostki, że postanowiono nie przeprowadzać jej w górach, tylko w lasach w okolicy Lublińca. Ja uczestniczyłem w selekcji właśnie w okolicach Lublińca.
Widziałeś potem, jak wygląda selekcja dzisiejsza?
Po wielu latach, już będąc na emeryturze, miałem okazję przyglądać się selekcji. Podczas kręcenia jednego z filmów promocyjnych dla jednostki tak się złożyło, że znałem producenta tego filmu i poprosił mnie o pomoc przy nakręceniu materiału. Miałem wtedy samochód terenowy, więc woziłem nim ekipę filmową po trasie selekcji.
Widziałem już wtedy, że selekcja wygląda całkowicie inaczej niż ta, w której ja brałem udział — a która zresztą później prowadzona była jeszcze przez kilka lat. Została podzielona na dwa etapy: pierwszy w górach i drugi w okolicach Lublińca, czyli tam, gdzie ja przechodziłem całą swoją.
Pamiętasz coś jeszcze ze swoich testów sprawnościowych lub selekcji? Jak to wtedy wyglądało?
Pamiętam doskonale czas, kiedy przystępowałem do selekcji i kiedy się do niej przygotowywałem. I ciekawostka: brałem udział w jesiennych edycjach — nawet można powiedzieć, że w obydwu.
Podczas pierwszej próby, na egzaminie sprawności fizycznej, który odbywał się na hali sportowej oraz na stadionie, z biegiem na 3000 metrów, nie przeszedłem sprawdzianu. Dlatego że wykonałem za mało tak zwanych brzuszków. W tamtym czasie nie było czegoś takiego jak limity czy liczby, które należy wykonać. Po prostu każdy z kandydatów musiał wykonać maksymalną liczbę powtórzeń danego ćwiczenia. Jeżeli tak się złożyło, że w danej grupie było dużo mocnych — w cudzysłowie — zawodników, to ci najsłabsi zwyczajnie odpadali. I nieważne, że zrobiłeś, nie wiem, 80, 90, 100, 120 brzuszków w dwie minuty: jeżeli większość grupy wykonała więcej niż ty, ty i tak odpadałeś.
Więc tak się złożyło, że odpadłem przez brzuszki. Nie pamiętam dziś, ile ich zrobiłem, ale wydaje mi się, że całkiem przyzwoicie. Odpadłem. I do kolejnej selekcji przystąpiłem dwa tygodnie później. Już nie zrobiłem pewnie dużo więcej tych brzuszków, ale mimo to starczyło.
Mamy zapisane 42 podciągnięcia na Twoim egzaminie. Zgadza się? I czy takie liczby wtedy w ogóle coś znaczyły?
42 podciągnięcia — kiedy dziś o tym myślę, to faktycznie robi to na mnie wrażenie. Czy takie liczby coś znaczyły? Oczywiście, że znaczyły. Tak jak wspomniałem, a propos brzuszków na egzaminie wstępnym: wtedy miało to ogromne znaczenie. Robiło się po prostu na maksa, każdych powtórzeń, ile kto był w stanie zrobić.
Zaznaczę też przy tym pytaniu, że te podciągnięcia w tamtym czasie nie były stuprocentowo siłowe. Dozwolone były podciągnięcia tak zwane dynamiczne, na drążku gimnastycznym, który troszkę sprężynował i zwyczajnie pomagał je wykonywać. Nigdy nie byłem w stanie zrobić 42 podciągnięć siłowych, ale myślę, że połowę z tego robiłem siłowo. Dziś oczywiście już nie.
A jak z częścią terenową? Były chwile zwątpienia?
Od samego początku, kiedy już wystartowałem w części terenowej, byłem przekonany, że przejdę. Nie było w ogóle innej możliwości w moim przygotowaniu mentalnym, żeby z jakiegoś powodu odpaść. Co prawda w trakcie jakiegoś nocnego, tak zwanego dodatkowego zadania, dostałem minusa za czas. Jednak na tych częściach indywidualnych, na tych dziesiątkach, setkach kilometrów, które należało przejść w określonym czasie po określonej trasie, w ogóle nie brałem pod uwagę, że mogę nie sprostać.
Był jednak taki moment ostatniego dnia, że myślałem, że to już się nie uda. I było to w zasadzie w ostatnich minutach — myślę, że kilkadziesiąt minut. Na ostatnim odcinku dojściowym do mety miałem bardzo duży zapas czasu. Czułem się dobrze, czułem przypływ energii, takie endorfiny napływały na myśl o tym, że ukończę tę selekcję pozytywnie. I z tym dużym zapasem czasu pozwoliłem sobie razem z moim kolegą ze Starej Paki, Molem, z którym szliśmy dosyć blisko siebie, na rozmowę. Cieszyliśmy się, że kończymy już to zmaganie — i w ten sposób straciliśmy uważność. Zgubiliśmy drogę.
Gdzieś się pomyliliśmy, musieliśmy nadrobić sporo kilometrów i zwyczajnie ledwo zdążyliśmy na metę. Muszę dodać, że na ostatnich kilometrach odnowiła mi się kontuzja kolana, z którą borykam się w zasadzie od siedemnastego roku życia. Strasznie mnie bolało to kolano, nie mogłem maszerować. I przyznam, że gdyby nie mój serdeczny przyjaciel Molo, który motywował mnie, żebym nie zwalniał, mogłoby się to skończyć tym, że selekcji nie przejdę.
Pamiętasz kogoś, kto odpadł?
Zasady selekcji w tamtym czasie mocno się różniły od tych, które obowiązują dziś. Podczas mojej selekcji można było odpaść zwyczajnie za to, że ktoś nie wyrobił się w czasie. Podejrzewam, że dziś również to obowiązuje — ale nigdy nie zapomnę faceta, który się spóźnił. Nie pamiętam już dokładnie, myślę, że cztery, pięć minut na ostatni punkt, na punkt końcowy.
Zaznaczę, że pamiętam, iż ten facet wykazywał się niesamowitą determinacją. Od pierwszych dni szedł już z wielkim trudem, bardzo ciężko się poruszał, widać było, że boryka się z kontuzjami, z jakimiś przeciążeniami stawów — cały czas miał zabandażowane nogi, nawet na zewnątrz, na mundurze, nosił bandaż. Śmialiśmy się, że wygląda jak mumia. Wyciągnął z lasu jakieś kije, których używał do podpierania się.
I dziwne, że przez wszystkie dni, gdy pokonywaliśmy dziesiątki czy setki kilometrów — nie naraz oczywiście, ale była taka jedna doba, podczas której musieliśmy przejść 100 kilometrów — on zawsze się wyrabiał. A w ten ostatni dzień spóźnił się dosłownie kilka minut i w ten sposób odpadł.
Pamiętam, że wracaliśmy ciężarówką do jednostki, a on siedział i płakał. Bardzo było mi go szkoda. Uważam, że dziś osoby prowadzące tę selekcję nie popełniłyby takiego błędu, ponieważ ten facet wykazał się niesamowitą determinacją, wolą walki. Wydaje mi się, że mógłby być — a może i był wtedy — najbardziej wartościowym kandydatem w całej naszej grupie.
Pięć wyjazdów
Przejdźmy więc do misji, bo to one, jak mówisz, zmieniły jednostkę najbardziej. Irak 2004 i 2007, Afganistan 2010 i 2011, na koniec Kabul. Który był przełomem, po którym nie byłeś już tym samym żołnierzem?
Myślę, że każda zmiana wprowadzała jakąś zmianę u mnie.

Irak z pewnością. Ten w 2004 roku, czyli druga zmiana PKW Irak. Ta pierwsza styczność z prawdziwymi działaniami bojowymi — podkreślam: prawdziwymi. Dlatego że pełnienie służby wartowniczej jest wykonywaniem zadania bojowego według regulaminu — wykonywaniem zadania bojowego w czasie pokoju. Jednak między bojowością tego zadania a bojowością misji w Iraku różnica jest przepotężna.
Myślę, że ten Irak 2004 był takim największym game changerem w całym moim mindsecie, jeśli chodzi o rozwój żołnierza. Pierwszy kontakt z prawdziwym zagrożeniem życia, z prawdziwą odpowiedzialnością za to, że nosi się karabin. Że wykonuje się zadania powierzone przez przełożonego na bardzo wysokim poziomie ryzyka — i tej odpowiedzialności za siebie, za swoich kolegów żołnierzy oraz za tych ludzi, wobec których te działania się prowadzi.

Kolejny wyjazd to rok 2007 i kolejna misja w Iraku. Jak wspominasz ten czas?
Rok 2007 to była również niesamowita misja. Natężenie zadań, jakie na nas spadło, było naprawdę imponujące. Nie pamiętam już cyfr, żeby to opisać, jednak kiedy przypominam sobie tę misję, to non stop wykonywałem jakieś działania bojowe.
Myślę, że dużo należy tutaj zawdzięczyć dowódcy naszego komponentu, który nosił w rejonie działań nazwę Zgrupowanie Sił Specjalnych — czyli ówczesnemu podpułkownikowi Drumowiczowi. To on kreował tam naszą rzeczywistość. Był to człowiek, który chyba nie zna słowa „unik”, tylko „atak” — i dlatego ta misja była wyjątkowa.

A 2010, Afganistan, FOB Warrior?
No cóż. Kto był w Afganistanie i był w tamtym okresie w FOB Warrior, ten wiedział, jak to wygląda. Niesamowita aktywność przeciwnika, który miał na celu tę bazę po prostu zdmuchnąć z powierzchni ziemi, wymazać ją z krajobrazu. I z różnym skutkiem im to wychodziło. Wielokrotne ataki na bazę, wielokrotne ostrzeliwania wszelkiego rodzaju środkami: moździerzami, rakietami, podkładane IED, próby ataku — i na okrągło.
Także tam cały czas byliśmy w napięciu, chyba nawet bardziej niż podczas misji w 2007 roku w Iraku. Dlatego że w Iraku, w Ad-Dywanii, w bazie można się było czuć w miarę bezpiecznie, chociaż ostrzały również były.
Mogę sobie zażartować, że od ostrzałów bazy można było sobie zegarki ustawiać — z taką dokładnością była ostrzeliwana.
Natomiast w Afganistanie, w FOB Warrior, był czas, że żołnierze zwykle nie jadali na stołówce, ponieważ w okresie wydawania posiłków ostrzały bazy były niemalże codziennością. Więc posiłki zazwyczaj brałem na wynos, szybciutko biegło się do schronu i jedliśmy je w schronie, żeby można było spokojnie zjeść, zanim w ogóle zacznie się ostrzał.
2011 to już chyba jednak zupełnie coś innego?
Rok 2011 spędziłem w prowincji Paktika, w Szaranie oraz w FOB Rushmore na przedmieściach miejscowości Szarana. Zadania, które wykonywaliśmy, były raczej spokojne. To był mentoring oraz szkolenie afgańskiego pododdziału specjalnego policji. I cóż, życie tam toczyło się raczej spokojnie. Wykonywaliśmy proste zadania wraz z tymi policjantami, których szkoliliśmy — polegały głównie na tym, aby ich nadzorować i mentoringować przy wykonywaniu zadań.

Jednak w tamtym czasie spotkała mnie sytuacja, która również trochę mną zatrzęsła. Mianowicie, podczas jednej z operacji zatrzymania przeciwnika on o mały włos strzelił mi w głowę. Tylko szczęście spowodowało, że nie strzelił — ponieważ nastąpiła jakaś dysfunkcja karabinu. Ale przyłożył mi karabin do głowy i strzelił z zaskoczenia. Więc to ogromnie na mnie wpłynęło.
Odpowiadając na to pytanie: myślę, że te dwie misje, 2004 i 2007, dały mi największe doświadczenie życiowe — mając na myśli życie żołnierza jednostki specjalnej.
Ostatni Twój wyjazd to ochrona VIP w Kabulu. Zupełnie inna robota niż FOB Warrior. Jak się przeskakuje z jednego na drugie?
Ochrona VIP, odkąd tylko pamiętam, zawsze była obecna w strukturach jednostki. Już nawet przygotowując się do drugiej zmiany w Iraku w 2004, szkoliliśmy się z zakresu ochrony VIP, ponieważ jednym z zadań, które mieliśmy tam wykonywać, była ochrona dowódcy dywizji. Później to szkolenie oczywiście ewoluowało — pierwsze doświadczenia czerpaliśmy od funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu. Jednak trzeba przyznać, że praca, w jaki sposób funkcjonariusze BOR wykonują ochronę swoich VIP-ów, wygląda całkowicie inaczej niż ochrona VIP-a w strefie działań wojennych, więc to również musieliśmy poddać pewnej weryfikacji.
Czułeś się do niego dobrze przygotowany?
Wydaje mi się, że byłem dość dobrze przygotowany na wykonywanie tego zadania. Odbywało się ono w strukturach międzynarodowych i to było chyba większym wyzwaniem niż samo zadanie — dlatego że pracowałem pod dowództwem australijskim. Tu też moje umiejętności językowe zostały mocno zweryfikowane, zwłaszcza pierwszego dnia, kiedy poszedłem na odprawę z moim australijskim dowódcą, który miał jeszcze taką manierę mówić przez zaciśnięte zęby, slangiem australijskim. Połamało mi to nogi, myślałem, że nie podołam. Jednak minęło kilka dni, jakoś obyłem się z Aussie English i później to się potoczyło.
Jak przez te lata zmieniała się jednostka
Cofnijmy się na moment — nie do Twoich wyjazdów, tylko do samej Jednostki. Irak 2004, druga zmiana: co jednostka wtedy o sobie wiedziała, a czego jeszcze nie?
Co jednostka wiedziała? Wiedziała to, co wiedziała. Czyli nie miała zbyt wiele doświadczenia. W zasadzie nie miała wcale doświadczenia, jeśli chodzi o wykonywanie zadań tego typu.
Jednostka miała swoje doświadczenia, ponieważ nie zapominajmy, że istnieje od 1961 roku i od tamtego czasu wykonywała zadania w ramach misji pokojowych w wielu miejscach na świecie. Jeszcze w okresie przed 1990 rokiem żołnierze 26. Batalionu Rozpoznawczego, czy później batalionu szturmowego, wykonywali zadania na Bliskim Wschodzie, na Dalekim Wschodzie, w Kambodży, w Wietnamie. Więc ten dorobek bojowy, ten szlak bojowy jednostka ma całkiem — wydaje mi się — przyzwoity.
Natomiast jeśli chodzi o ten czas wtedy współczesny, to wydaje mi się, że Jednostka tego doświadczenia nie miała. Mimo że kompanie specjalne były wysyłane do Macedonii, to nie wykonywały tam zadań stricte ofensywnych — albo jeśli już, to bardzo sporadycznie i na bardzo niskim poziomie, bym powiedział. Nie chcę użyć słowa „agresji”, ale takie mi się nasuwa.
Czego jednostka nie wiedziała? Otóż nie wiedziała tego, w jaki sposób wykonywać zadania ofensywne na tak wysokim poziomie.
Między Irakiem 2004 a Afganistanem 2010 minęło sześć lat. Jak bardzo inna jednostka tam pojechała?
Bardzo inna. Trzeba tutaj przypomnieć i zaznaczyć — oraz nie unikać odpowiedzi na pytanie, które w zasadzie tu nie padło — jak wyglądała rzeczywistość w Jednostce w tym 2004 roku. Z jednej strony wykonywaliśmy zadania bojowe ramię w ramię z amerykańskimi siłami specjalnymi w Iraku. Z drugiej natomiast, życie w Jednostce w tamtym czasie uważam za jeden z, powiedzmy, najczarniejszych okresów dla operatora.

W 2004 roku zostałem operatorem zespołu bojowego i po powrocie z Iraku myślałem, że jako Jednostka złapaliśmy wiatr w żagle i będziemy teraz iść do przodu, szkolić się tak, jak walczyliśmy. Gdzieś się mówi, że walcz tak, jak się szkoliłeś. W tamtym czasie warto powiedzieć, że myśmy walczyli inaczej, niż się szkoliliśmy — ponieważ szkoliliśmy się w sposób nieadekwatny do wyzwań, jakie stawiało przed nami dowództwo czy w ogóle rzeczywistość.
I co się stało po powrocie?
To był, tak jak wspomniałem, dosyć ciemny okres. W Jednostce już prawie wcale nie było żołnierzy służby zasadniczej, a Jednostka jeszcze nie była w stanie — z jakichś przyczyn formalnych, o których ja nie wiem — zabezpieczać siebie chociażby w sprawach dotyczących wart, pilnowania jednostki, poprzez firmy cywilne z zewnątrz.
Więc cały ten ciężar pilnowania płotu spadł na nas. W 2004 roku, po powrocie z Iraku, po wykorzystaniu urlopów, zwyczajnie poszliśmy na warty — na przemian z innym pododdziałem zawodowym, gdzie wszyscy żołnierze mieli selekcję, wszyscy mieli doświadczenie bojowe, czasami bardzo mocne po tej pierwszej zmianie. A zwyczajnie wylądowaliśmy na wartach.
Afganistan 2010 to już był całkowicie inny okres. Można powiedzieć, że to okres, który trwa, wydaje mi się, do dziś: w pełni profesjonalnych pododdziałów bojowych, które szkolą się pod konkretne zadania i je wykonują, reagują na zmieniające się zasady prowadzenia działań wojennych. Jednostka pojechała tam już całkowicie inna.
Sześć lat w Pionie Szkolenia
Od 2012 instruktor: góry i SERE. Był jakiś powód, że akurat wtedy przeszedłeś z zespołu bojowego na szkolenie?
Myślę, że to był powód dosyć przypadkowy — zwyczajnie dostałem taką propozycję. Pracowałem w Pionie Szkolenia w komórce szkolenia górskiego i SERE, przy czym byłem, a właściwie później zostałem instruktorem szkolenia górskiego i wysokościowego. Wspierałem natomiast kolegę, który był instruktorem SERE. Ja go wspierałem w tych szkoleniach, a on mnie w górskich. Dostałem wtedy taką propozycję i z niej skorzystałem. Nie żałuję.

SERE to przetrwanie, unikanie i zachowanie w niewoli. Który z tych elementów najwięcej uczy o ludziach — czego nie widać nigdzie indziej?
Wydaje mi się, że ten element zachowania w niewoli jest najbardziej wymowny. Przetrwanie i unikanie to jest coś, czemu każdy z żołnierzy jest poddawany chociażby na etapie selekcji.
Zachowanie w niewoli pokazuje tak naprawdę prawdziwe reakcje człowieka poddanego notorycznemu, ciągłemu stresowi. I pokazuje, że nawet ten żołnierz, który wie, że jest tylko na szkoleniu, w pewnym momencie jest już tak zmęczony, że zaczynają z niego wychodzić pewne rzeczy. Tego nie widać wcześniej — po prostu nie widać tego ani na etapie selekcji, ani na etapie badań psychologicznych.
Jak już jesteśmy przy ekstremalnych doświadczeniach, nie możemy nie zapytać o 2013, Indie: Nun i kurs snajperów wysokogórskich w Gulmarg. Co jednostka z tego wyniosła?
To też takie pytanie, na które nie wiem, co jednostka wyniosła, ale postaram się odpowiedzieć. Sama jednostka może nie wyniosła jakiejś wielkiej korzyści z tego szkolenia, natomiast ja osobiście wyniosłem bardzo dużo.

Chodzi tutaj o mój rozwój jako instruktora szkolenia górskiego i wysokogórskiego, dlatego że ten wyjazd był zwieńczeniem rocznego kursu szkolenia górskiego i wysokogórskiego Wojsk Specjalnych. Można powiedzieć, że nie da się zakończyć tego procesu szkolenia lepiej niż wyjazdem w najwyższe góry świata.
A kurs snajperów wysokogórskich w Gulmarg w Indiach pokazał tylko tyle, że snajperzy armii indyjskiej są na takim przeciętnym poziomie, jeśli chodzi o podejście w ogóle. Bardzo mocno przypominali żołnierzy służby zasadniczej — takich dobrej jakości żołnierzy służby zasadniczej, tak bym powiedział.
Uczyłeś ludzi młodszych o pokolenie. Kandydat z 2016 różnił się czymś od tego z 2002?
Otóż różnił się, i to bardzo. Wydaje mi się, że dziś, w 2026 roku, będzie się różnił jeszcze bardziej.
Ja w 2002 roku w zasadzie nie wiedziałem tak naprawdę do końca, czego chcę i co mnie czeka w przyszłości w trakcie tej zawodowej służby wojskowej. Dzisiejsi kandydaci wiedzą doskonale, jak wygląda rzeczywistość, jakie zagrożenia są obecnie i w jaki sposób może to wyewoluować. Doskonale obserwują sytuację geopolityczną na świecie, wiedzą, jakie zadania wykonują współczesne siły specjalne i w jaki sposób przygotować się już teraz, chociażby przed rozpoczęciem selekcji.
Wielokrotnie dostaję pytania od młodych żołnierzy czy nawet od cywilów, którzy myślą o związaniu się w przyszłości z jakąkolwiek jednostką w strukturach Wojsk Specjalnych. Pytają, co mogą zrobić teraz, żeby to im zaprocentowało — czy to w procesie naboru, czy później w trakcie służby. Wydaje mi się więc, że kandydat różni się przede wszystkim świadomością tego, na co się porywa.
„Stara paka”
O tamtych latach napisałeś książkę. Skąd wziął się jej tytuł?
Tytuł był trochę dziełem przypadku. Kiedy podpisywałem umowę z wydawnictwem Bellona na napisanie książki, musiałem podać tytuł — a tego tytułu jeszcze nie miałem wymyślonego. Więc tak mi przeszło na szybciutko: „Stara Paka No 3”. I tak było napisane w umowie, jednak to mogło ulec zmianie później.
W trakcie pisania wpadłem na pomysł, jaki ta książka będzie miała tytuł. Mogę nawet zdradzić: „Komandos. Droga, która nigdy się nie kończy”. Później, kiedy już wysłałem tekst do wydawnictwa, ze strony wydawnictwa padały pytania: „Stara paka, stara paka…”. Ja mówię: hola, hola, mam inny tytuł, mam właściwy tytuł dla tej pracy. I podałem ten tytuł — jednak pani od marketingu aż westchnęła ciężko i załamała ręce. Powiedziała: dajcie wy już spokój z tymi selekcjami, co się nigdy nie kończą, z tymi drogami i tak dalej. Tego już tyle było na świecie z tymi komandosami, dajcie już spokój. „Stara paka” będzie bardzo chwytliwa pod kątem marketingowym.
W filmie na 10-lecie Jednostki Wojskowej Komandosów i 60-lecie JW 4101 Krystian Wójcik czyta fragment „Starej Paki No. 3”.
I ponieważ to pojęcie oraz zdjęcia z Afganistanu — nas właśnie, czyli tej niewielkiej społeczności — krążyły już po internecie, a ludzie bardzo interesowali się tym, co to jest, kto to jest, jak to wygląda, dlaczego tak, zadawali wiele pytań — myślę, że tytuł tej książki wyjątkowo celnie wstrzelił się w tamten czas. Dlatego taki został.
Załóżmy, że ktoś książki nie czytał i nie wie, co to „Stara Paka”. Kim byli ci ludzie i co ich trzymało razem?
Otóż byli to ludzie w dużej mierze, z niewielkim wyjątkiem, którzy przyszli w tym samym czasie do służby. Byli to pierwsi żołnierze w strukturach Zespołu Bojowego C. Wcześniej byliśmy razem w strukturach kompanii dywersyjno-rozpoznawczej. Mniej więcej w tym samym okresie, albo nawet razem, przechodziliśmy selekcje. Razem zdobywaliśmy nasze pierwsze doświadczenia w Iraku, na misji w 2004 roku.
I wszyscy mieliśmy, można powiedzieć, taki sam — modne dziś słowo — mindset, jeśli chodzi o działalność w strukturach jednostki specjalnej. Czyli takie parcie na robotę. Chcieliśmy robić dużo, wykonywać jak najwięcej tych zadań. Im bardziej niebezpieczne, tym lepiej. Im ciężej, tym lepiej. Wydaje mi się, że w tej przestrzeni jakoś wspólnie funkcjonowaliśmy i to nas zespoliło.
To wcale nie znaczy, że żołnierze, którzy nie byli w tym środowisku Starej Paki, mieli mniejsze parcie na robotę. Mieli bardzo mocne, może nawet czasami mocniejsze. Ale zwyczajnie myśmy się spasowali pod względem charakteru, poczucia humoru, sposobu bycia, zainteresowań po pracy — i to nas tak zżyło, scaliło w taką grupę.
Dlaczego w ogóle usiadłeś do pisania?
To akurat Ty, Damian, wiesz najlepiej, jak to wyglądało. Zaczęło się od tego, że wrzuciłem w social media krótkie teksty opisujące jakieś zdarzenia w Iraku — a w zasadzie ten dla mnie bardzo pamiętny dzień, 6 kwietnia 2004 roku. Dzień, w którym wjechaliśmy w potężną zasadzkę, współpracując wtedy z amerykańskimi żołnierzami 5. Grupy Sił Specjalnych oraz z bułgarskimi żołnierzami sił specjalnych. Ta zasadzka kosztowała nas trzech rannych.
Chciałem to jakoś upamiętnić. Było to też po okresie lockdownu covidowego, więc trochę z nudów jakoś mnie to skłoniło, żeby napisać ten post. I tak się wyrażę: siadło to w przestrzeni internetu tak mocno i tak mnie rozochociło, że napisałem później jeszcze kilka.
Ty, Damian, w ramach SilentHeroes udostępniałeś to oczywiście u siebie i wiele osób zachęcało mnie, że mam przyjemny sposób pisania, przyjemny sposób opowiadania historii, jakąś taką lekkość w tym — żebym napisał książkę. Nie chciałem jej pisać, bo zwyczajnie wydawało mi się, że nie podołam. Uważam, że napisanie krótkiej wrzutki do internetu nie równa się z napisaniem całej książki. Jednak szczęśliwie zostałem odwiedziony od tego pomysłu niepisania — i napisałem.
I jak to oceniasz z perspektywy czasu?
Uważam, że to była niesamowita przygoda. W ogóle pisanie tej książki, później wydanie jej, spotykanie się z ludźmi, którzy ją czytali. Dla wielu z nich ta książka była inspiracją do podjęcia wyzwania — żeby rozpocząć służbę albo spróbować wstąpić do którejkolwiek jednostki specjalnej. I o tym mi mówili ludzie, z którymi się spotykałem. Zazwyczaj byli to młodzi ludzie, którzy chcieli sięgnąć po to marzenie, zostać żołnierzem jednostki specjalnej.
Dużo dorosłych ludzi — i mężczyzn, i kobiet — którzy przeczytali tę książkę, mówiło, że inspirowała ich do tego, żeby stawiać czoła chociażby zwykłym problemom dnia codziennego. Dawała im motywację, że wszystko da się osiągnąć uporem, konsekwencją i trzymaniem się kierunku, który się obrało.
Czy coś świadomie zostawiłeś poza książką? I czy będzie część dalsza?
Tak, świadomie zostawiłem sporo rzeczy poza książką i mam nadzieję, że one nigdy nie ujrzą światła dziennego. Są rzeczy, o których się nie mówi, nie wolno mówić — i niech tak zostanie.
Czy będzie część dalsza? Części dalszej nie będzie, dlatego że w swojej opowieści dojechałem niemalże do końca swojej służby i dalszej części nie będzie, ponieważ ona się tam kończy. Natomiast być może będzie inna książka napisana przeze mnie, ale traktująca o czymś innym — nie o mnie i moich przygodach wojskowych. Nie oczekiwałbym jednak, że to nastąpi szybko. Mam pomysł, który kiełkuje mi gdzieś w głowie już od bardzo dawna. Potrzebuję po prostu troszeczkę więcej przestrzeni w życiu prywatnym, żeby do tego usiąść — ale myślę, że to kiedyś nastąpi.
Jak koledzy z jednostki przyjęli książkę?
Na tyle, na ile wiem — dobrze i bardzo dobrze. Wielu kolegów mi gratulowało, bardzo się cieszyło, angażowało się w promocję książki.
Wydaje mi się w ogóle, że jest już tak wielu żołnierzy — powiedzmy, tych w cudzysłowie współczesnych, czyli żołnierzy zawodowych od 2000 roku, którzy odeszli na emeryturę — którzy odbyli wiele misji bojowych w Iraku i w Afganistanie, uczestniczyli w niesamowitych sytuacjach. Uważam, że należy ich zachęcać do tego, żeby pisali te swoje książki, żeby dzielili się swoim doświadczeniem. Jest to naprawdę bardzo przyjemne dla samego autora, ale również bardzo potrzebne dziś, żeby motywować i inspirować młodych ludzi do podejmowania tego wyzwania.
Oczywiście, wielu moich kolegów występuje w różnorakich wywiadach, korzysta z zaproszeń podcasterów, opowiada o tym. Jednak wydaje mi się, że książka ma inną formę przekazu.
Odejście i pamięć
Mówi się, że najtrudniejsze przychodzi dopiero po odejściu. 2018, po siedemnastu latach, zrzuciłeś mundur — jak to było?
Sama decyzja może nie była dla mnie trudna, ponieważ nosiłem się z tym pomysłem już od jakiegoś czasu. Jednak sam moment odejścia — mimo że byłem do tego przygotowany, przygotowywałem się, w jaki sposób to zrobić i jak będzie wyglądał ten dzień — był wyjątkowo trudny emocjonalnie.
W dzień pożegnania ze sztandarem, w dzień zakończenia służby, miałem ogromne wątpliwości, czy w ogóle robię dobrze. Był to niewątpliwie bardzo, bardzo trudny emocjonalnie dzień.
Przy 65-leciu Jednostki: kogo z tamtych lat chciałbyś, żeby ludzie pamiętali?
Chciałbym, żeby pamiętali wszystkich. Abyśmy — my jako żołnierze, jako byli żołnierze, jako obecni żołnierze, jako przyszli żołnierze — pamiętali o tych wszystkich naszych poprzednikach, którzy wkładali ogrom serca i ogrom wysiłku w budowanie tej jednostki. Wielokrotnie poświęcali swoje życie, oddając je czy to podczas zadań bojowych, czy podczas szkolenia.
Poświęcali swój czas rodzinny, poświęcali swoje zdrowie. Ogrom wysiłku, który włożyli, uważam, że zasługuje na to, abyśmy pamiętali o wszystkich naszych poprzednikach.
Z perspektywy siedemnastu lat
Gdybyś dziś miał dwadzieścia lat i chciał tam trafić — zrobiłbyś coś inaczej niż wtedy?
Chyba nie. Chyba nie żałuję niczego, co zrobiłem. Nie żałuję niczego, czego nie zrobiłem. Wydaje mi się, że może mógłbym coś tam inaczej — dałem ciała wielokrotnie w trakcie służby. Jednak biorę za to odpowiedzialność i myślę, że dziś nie zrobiłbym inaczej.
Kandydaci myślą o selekcji jak o jednym wielkim wysiłku. Ty dałeś tej jednostce 17 lat. Co widać dopiero z perspektywy całej służby, a nie jednego tygodnia?
Kandydaci — nie wiem, czy wszyscy, ale wielu pewnie — myślą o tym, że dostać się do jednostki specjalnej to jest jeden wielki wysiłek, a później jest już z górki. Otóż nieprawda. To jest całkowita nieprawda.
Selekcja jest dużym wysiłkiem, jednak jest to jeden z wielu wysiłków, jakie czekają ich z biegiem lat służby w tej jednostce. Chociażby później kurs podstawowy, czy jak to się obecnie nazywa; szkolenie SERE jest niesamowitym wysiłkiem.
Czyli, odpowiadając na pytanie z perspektywy całej służby: cały okres służby jest wysiłkiem. I to wysiłkiem nie tylko fizycznym, ale również pod kątem poświęceń. Jest to wysiłek w ogóle dla całej rodziny, jeżeli dany żołnierz ma rodzinę. Na rzecz tej jednostki pracuje cała masa ludzi, których nie ma w tej Jednostce na etacie. Jest to duży wysiłek, ale też ogromna satysfakcja.
Teksty Krystiana Wójcika
Wójcik pisze o swojej służbie od lat. Poniżej jego własne relacje, które publikowaliśmy wcześniej.
- Łatwa, lekka i przyjemna robota TF-50 — X zmiana ISAF, grupa specjalna w FOB Sharana
- „Ty tępa pało! Jak mogłeś zapomnieć?” — roof team w Nabarhu, fragment książki „StaraPaka No. 3”
- Zatrzymanie mułły Abdula Wakhila — jak TF-50 dopadł cel z listy JPEL
Wokół Starej Paki i JWK
- Stara Paka JWK — tekst podpisany zbiorowo przez członków grupy
- Operacja Szakal — pięcioczęściowa relacja z Iraku 2007 — autor: Krycha, kolega Wójcika z JWK
- Wójo na kanale Historia Realna — rozmowa z Piotrem Zychowiczem
- Komandosi z Lublińca w Afganistanie — nasze opracowanie o kolejnych zmianach PKW
To jedna z rozmów, które publikujemy z okazji 65-lecia JW 4101 i 15-lecia Jednostki Wojskowej Komandosów. W pozostałych oddajemy głos ludziom, którzy patrzą na tę jednostkę z innych miejsc — od strony selekcji, specjalizacji i rodzin.