🎁 Odbierz -10% na pierwsze zamówienie. Zapisz się i zgarnij kod.
JWK

„Selekcja to nie zawody sportowe”. Były szef selekcji o tym, co decyduje w JWK

JWK ·
Mjr rez. Damian Matkowski kierował selekcją do zespołów bojowych i rocznym kursem bazowym JWK. O tym, dlaczego pytanie „ilu odpadło" jest drugoplanowe i co naprawdę decyduje o kandydacie.
SilentHeroes
SilentHeroes
| 19 min czytania | | aktualizacja

Przez lata decydował, kto przekroczy bramę jednostki w Lublińcu. Kierował selekcją, a wcześniej rocznym kursem, po którym żołnierz staje się operatorem zespołu bojowego. W rozmowie na 65-lecie JW 4101 i 15-lecie JWK mjr rez. Damian Matkowski „Matka” tłumaczy, dlaczego pytanie „ilu odpadło” jest złym pytaniem — i co odsiewa kandydatów naprawdę.

8 października Jednostka Wojskowa Komandosów obchodzi podwójny jubileusz: 65 lat od powstania jednostki, której jest kontynuatorką, i 15 lat pod obecną nazwą. To rocznica jednej ciągłości, nie dwóch osobnych historii — od 26. Batalionu Rozpoznawczego, przez 1. Batalion Szturmowy i 1. Pułk Specjalny Komandosów, po dzisiejszą JWK.

Kontynuujemy nasz cykl na Święto Jednostki Wojskowej Komandosów.

Latem rozmawialiśmy z dowódcą jednostki, płk. Marcinem Suszką. Powiedział nam wtedy, że selekcja „weryfikuje przede wszystkim charakter, odporność psychiczną i umiejętność funkcjonowania w zespole pod długotrwałą presją”, i że kandydatów w pierwszych dniach eliminują trzy rzeczy: przygotowanie fizyczne, niedoleczone kontuzje i nieumiejętne zarządzanie własnym organizmem.

To była perspektywa dowódcy. Teraz ta sama sprawa z drugiej strony stołu — od człowieka, który tę selekcję prowadził. Mjr rez. Damian Matkowski służył w dwóch zespołach bojowych, kierował Kursem Szkolenia Bazowego, a służbę zakończył jako szef selekcji do zespołów bojowych Wojsk Specjalnych.

W rozmowie odrzuca pytanie, które pada najczęściej — o to, ilu kandydatów zaczyna i ilu kończy. Tłumaczy, dlaczego uważa je za drugoplanowe, co zmienił w formule selekcji, kiedy nią kierował, i dlaczego uważa, że „selekcja play-off”, w której o wyniku decyduje miejsce w rankingu, nie ma sensu. Mówi też, czego brakuje kandydatom, którzy przychodzą przygotowani wyłącznie fizycznie.

mjr rez. Damian Matkowski, ps. „Matka” — oficer rezerwy, były oficer Pionu Szkolenia Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu. W jednostce zajmował stanowiska bojowe i szkoleniowe: służył w dwóch zespołach bojowych jako dowódca sekcji, grupy specjalnej oraz specjalistycznej grupy wsparcia, następnie jako Kierownik Kursu Szkolenia Bazowego — trwającego dwanaście miesięcy etapu przygotowania przyszłych operatorów zespołu bojowego. Służbę zakończył jako szef selekcji.

Uczestnik operacji specjalnych w Iraku i Afganistanie. Był głównym doradcą komendanta Centrum Szkolenia Sił Specjalnych Afgańskiej Policji. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Krzyża Wojskowego. Absolwent trzech uczelni wyższych, magister wychowania fizycznego, instruktor strzelectwa i samoobrony; ukończył m.in. kurs Master Pistol and Rifle Instructor w SIG SAUER Academy. Zawodnik triathlonu i Ironmana. Dziś główny szkoleniowiec założonej przez siebie firmy Targets Creators.

Jednostka, która wyszła z cienia

65 lat JW 4101 i 15 lat JWK to dwie rocznice tej samej ciągłości. Co przez te 15 lat jako JWK zmieniło się w jednostce najbardziej?

Mnie osobiście zmiana nazwy z 1. PSK na JWK kojarzy się z okresem, w którym jednostka uchyliła rąbka tajemnicy swojej bieżącej działalności. Zgodnie ze swoim mottem „cicho i skutecznie” zawsze pozostawała w cieniu. Przez lata nie było potrzeby, żeby pokazywać światu, kim jesteśmy i co robimy.

Silny przekaz medialny — dla kraju i dla zagranicy — szedł zawsze z naszej flagowej jednostki, czyli GROM-u. To ona miała wizerunkowo najmocniejszą pozycję w kraju i rozpoznawalność na świecie. Hasła GROM-u były jasne: uderzymy agresywnie „jak grom z jasnego nieba” i, co ważniejsze, „jest w Polsce taka siła”, która nie pozwoli, żeby naszym obywatelom stała się krzywda. Ten przekaz jest czytelny do dzisiaj i, co najważniejsze, działa.

Piętnaście lat temu świat mediów, w tym social mediów i portali internetowych, zmieniał się dynamicznie. Pamiętam, jak dowódca zadał w jednostce po raz pierwszy otwarte i proste, ale wtedy dziwne pytanie: „Dlaczego SEAL-si mają najlepszą stronę internetową i są tak aktywni w sieci?”.

Zmiana z 1. PSK na JWK kojarzy mi się więc z tym, że otworzyliśmy się i wyszliśmy do naszych obywateli. Pokazaliśmy światu, kim są polscy komandosi z „Dżej Dablu Kej”, jakie mamy sukcesy na arenie międzynarodowej i że Polska to kraj, w którym działają jednostki specjalne światowej klasy, a obronność jest dla Polaków priorytetem.

Po prostu wyszliśmy z cienia jako najstarsza, pierwsza jednostka specjalna w Polsce — nie ujmując tym samym nikomu, a już na pewno nie kolegom z GROM-u czy Formozy. Z perspektywy czasu uważam, że to była dobra decyzja i dobry kierunek. Jak potoczy się dalej, nie wiem, bo ekspertem od social mediów nie jestem.

Zostańmy przy tym, czym jednostka jest. Dziedziczy tradycje ośmiu formacji, w tym batalionów AK „Miotła”, „Parasol” i „Zośka”. Na ile to jest żywe w codziennym szkoleniu, a na ile ceremoniał od święta?

Uważam, że dziedziczenie tych tradycji jest wpisane w DNA jednostki — między innymi dlatego, że jeśli chcemy przewidywać przyszłość, musimy analizować historię i wyciągać z niej należyte wnioski.

Historia żołnierzy AK to ogromna lekcja działań specjalnych dla współczesnego operatora. To kopalnia wiedzy, z której czerpią nie tylko polskie Wojska Specjalne, ale również Amerykanie. Byłem tego świadkiem podczas międzynarodowych szkoleń i kursów z działań niekonwencjonalnych. Tam dowiedziałem się, jak wiele wniosków w ramach „lessons learned” wyciągnęli oni z polskiej historii AK i okresu powojennego.

Operatorzy zespołów bojowych dumnie noszą swoje pododdziałowe naszywki, zwane „patchami”, które symbolizują tradycje batalionów AK w nowoczesnej grafice. Jestem pewien, że to świetny motywator i powód do dumy — kultywowanie tradycji najlepszych z najlepszych.

W Targets Creators, gdzie na stanowiskach instruktorskich pracują weterani Wojsk Specjalnych — oficerowie i operatorzy GROM-u, Formozy i JWK — dalej te tradycje kultywujemy, wspierając w bieżącej działalności członków Światowego Związku Żołnierzy AK.

Warto dodać, że zarządy AK wyróżniły już medalami wielu żołnierzy Wojsk Specjalnych, a także będących w rezerwie instruktorów Targets Creators z JWK i JW GROM — za zasługi dla kraju i wsparcie ŚZŻ AK. To pokazuje, że nieważne, czy służymy, czy jesteśmy w rezerwie: to jest w naszym DNA komandosa.

Siedmiu instruktorów Targets Creators w mundurach wyjściowych, weterani Wojsk Specjalnych

Selekcja od strony prowadzącego

Zakończył Pan służbę jako szef selekcji. Najczęściej pytamy Was o to, ilu kandydatów zaczyna i ilu kończy. Czy to w ogóle jest dobre pytanie?

Myślę, że to najczęściej zadawane pytanie jest drugoplanowe. JWK i inne jednostki specjalne to nie uczelnie wyższe i coroczne nabory, w których tematem przewodnim jest elitarność kierunku wyrażona liczbą osób na jedno miejsce. Moim zdaniem tutaj to tak nie działa.

Jednostki specjalne, w tym JWK, korzystają z potencjału ludzkiego całej polskiej armii, a dodatkowo z innych służb mundurowych. Nabór do jednostki to proces ciągły. Dotyczy nie tylko stanowisk operatorów w zespołach bojowych, do których weryfikacja zwana selekcją jest najbardziej rozpoznawalna, ale również zdecydowanej większości stanowisk i etatów niezbędnych do efektywnego działania tej struktury — w wymiarze bieżącym, szkoleniowym i operacyjnym.

Nabór do każdej z komórek czy zespołów jest inny i na swój sposób specjalny.

Dwaj żołnierze z bronią odpoczywają na piaszczystym stoku

Zgoda, ale ktoś z tej selekcji jednak odpada. Jest etap, na którym dzieje się to najczęściej?

Każdy etap odsiewa dużo ludzi. Niestety za dużo, bo potrzeby w jednostkach specjalnych są spore. Nie wolno jednak obniżać standardów, bo międzynarodowe hasło specjalsów NATO brzmi „quality over quantity” — jakość ponad ilość.

Tak jak w ostatnim wywiadzie wspomniał dowódca JWK, dziś fizyczne przygotowanie kandydata do służby nie jest priorytetem. Oznacza to, że ci, którzy wypadną najlepiej na testach fizycznych, nie mają gwarancji dostania się do jednostki. Krótko mówiąc: to za mało.

Skoro sama fizyczność to za mało — co w takim razie decyduje? Dowódca mówi o charakterze, odporności psychicznej i umiejętności pracy w zespole pod długotrwałą presją. Po czym to widać na trasie?

„Mental” jest kluczowy i dziś każdy już to wie. Najlepiej widać to w sporcie — tam jest to jak na obrazku: kto ma psychę, ten wygrywa. Nie mam nic do dodania. Dowódca ma stuprocentową rację.

Płk Marcin Suszko to mój stary kolega z czasów niezwykle udanej i bogatej w doświadczenia służby w zespole bojowym C. Mój przełożony na pierwszej zmianie w Afganistanie, mój pierwszy lider-komandos — niezwykle odważny, konkretny i zdeterminowany w dążeniu do celu.

Tak wiele się od niego nauczyłem. I tak, nie był ideałem, popełniał błędy — dzięki temu też się uczyłem. Zdobywałem u jego boku doświadczenie bojowe, ucząc się na sukcesach i porażkach w ramach skomplikowanych misji specjalnych, ale również w prozie codziennego życia komandosa JWK.

Wróćmy do kandydatów. Jaki jest najczęstszy powód rezygnacji — i czy podają wtedy prawdziwy?

Powodów rezygnacji jest naprawdę wiele. Najczęstsze to poważna kontuzja i brak odporności psychicznej. Nie zawsze kandydat utożsamia się z decyzją o odpadnięciu.

Ale szczerze mówiąc, to dobrze o nim świadczy. Młody, ambitny człowiek, zdeterminowany w dążeniu do swojego celu, nie może zniechęcić się po porażce ani dopuścić do siebie myśli, że jest za słaby i się nie nadaje.

Dlatego kiedy byłem szefem selekcji, a wcześniej szefem kursu szkolenia bazowego — tego najtrudniejszego w życiu żołnierza, rocznego kursu dla przyszłego operatora zespołu bojowego — po pierwszym odpadnięciu mówiłem: „Potrzebujesz więcej czasu, żeby opanować ten materiał. Potrzebujesz się lepiej przygotować, potrzebujesz drugiej szansy — ale nie teraz. Teraz jest dla ciebie za wcześnie”.

Zdarzało się, że kandydat fizycznie dawał radę, a mimo to nie przeszedł?

Zdarzało się i to nie jest miłe. Ciężko to zrozumieć młodemu, sprawnemu i ambitnemu chłopakowi. To nie są łatwe decyzje ani miłe rzeczy.

Przy pierwszych dniach selekcji wymienia się trzy rzeczy, które eliminują: przygotowanie fizyczne, niedoleczone kontuzje i zarządzanie własnym organizmem. Potwierdza Pan to ze swojej praktyki — i co kandydat może z tym zrobić?

Tak, dokładnie tak — jeśli chodzi o pierwsze dni w górach. Zatrzymałbym się przy ostatnim, czyli przy „zarządzaniu własnym organizmem”.

Warto dodać, że mam również własne doświadczenia z różnych dyscyplin wytrzymałościowych — startowałem w triathlonach i jestem zawodnikiem Ironman. Dzięki temu mam bezpośrednie porównanie pomiędzy przygotowaniem sportowym a przygotowaniem żołnierza czy operatora do działania. Sport daje wiele wartościowych narzędzi i doświadczeń, ale nie wszystko, co sprawdza się w sporcie, można bezpośrednio przełożyć na funkcjonowanie człowieka w warunkach działań operacyjnych. Inne są cele, obciążenia, sposób zarządzania energią, stresem, regeneracją i przede wszystkim wymagania stawiane organizmowi w sytuacji, w której trzeba jednocześnie podejmować decyzje i realizować zadanie.

Tutaj dałbym kandydatom jednego „tipa”. Warto — poza suplementacją i dobrze ułożonym treningiem, takim przypominającym przygotowania do ultramaratonów i tego typu imprez — dołożyć rzadki, ale ważny, wielogodzinny trening na deficycie snu i kalorii. Po to, żeby organizm zobaczył, może po raz pierwszy w życiu młodego człowieka, jak to jest, kiedy brakuje paliwa, a dalej trzeba działać.

Tego typu urozmaicenie treningu na pewno pomoże. Proszę tylko pamiętać, dla własnego bezpieczeństwa, żeby nie trenować tak w pojedynkę ani bez telefonu, i zawsze mieć przy sobie apteczkę oraz „paliwo”.

Co Pan sam zmienił w formule selekcji, kiedy nią kierował, i co Pana do tej zmiany przekonało?

Jako kierownik selekcji dokonałem paru zmian w programie. Miały one przede wszystkim sprawić, żeby weryfikacja była maksymalnie ustandaryzowana, żeby czynnik ludzki w postaci decyzji pojedynczego instruktora nie usuwał kandydata z selekcji i żeby proces był maksymalnie powtarzalny — poprzez ustandaryzowanie zadań i czasów w terenie.

Tak, żeby bez znaczenia było, czy przyjedzie grupa bardzo mocna, czy sporo słabsza: wysiłek ma być dokładnie ten sam, choćby na jednej selekcji miało odpaść pięciu, a na drugiej dwudziestu pięciu.

Pewne rzeczy i zadania w terenie można na tyle ustandaryzować i znormować — trochę jak wymagania na WF-ie. Jeżeli usuwamy kogoś, kto doszedł do tego etapu, musimy być tego pewni jako zarządzająca tym grupa ekspertów. Musimy trzymać na każdej edycji te same standardy i mieć poczucie sprawiedliwości. Przecież kiedyś też byliśmy kandydatami na komandosa.

Oczywiste jest, że idealny system nie istnieje, a procedury też zawodzą. Po to jest „lessons learned” i ciągły proces doskonalenia. Dlatego selekcja ciągle się zmienia i zmieniać będzie.

Jedno jest pewne: mimo bardzo dobrego przygotowania kandydat musi mieć żołnierskie szczęście, które przyda mu się i na selekcji, i w boju. Jak to mówią koledzy z brytyjskiego SAS — „tylko najlepsi mają szczęście”.

Kiedyś mogło być stu świetnie przygotowanych kandydatów, ale jeśli nie mieścili się na przykład w pierwszej trzydziestce, byli odrzucani. Czy taka forma selekcji „play-off” ma sens?

Nie, nie ma sensu — bo to nie są zawody sportowe. Kiedyś tak było, kiedyś fizyka była na pierwszym miejscu. Ale tak jak wspominałem, razem z dowódcą: priorytety się zmieniają. Świat się zmienia, a z nim zagrożenia i technologia. Dlatego współczesny operator musi być „kompletny”.

Kurs bazowy. Dwanaście miesięcy

Selekcja trwa dni, kurs bazowy rok. Dlaczego akurat tyle i co się w tym czasie z człowiekiem dzieje?

W przypadku JWK faktycznie trwa rok i jest najdłuższy. Czy dlatego, że tak długo, czy może wciąż za krótko — zdania wśród ekspertów są podzielone.

Jedno jest pewne: to czas, w którym zgodnie z filozofią JWK musimy wykształcić w pełni kompletnego, gotowego do służby operatora, specjalistę zespołu bojowego. To ogromne wyzwanie dla kadry instruktorskiej i dla całej jednostki.

Kierownik kursu, szykując kandydatów, korzysta z zasobów i potencjału ludzkiego całej jednostki. W tym procesie wspiera go nie tylko szef szkolenia, ale również zespoły bojowe, sztab, zespoły zabezpieczające i sam dowódca JWK.

Szkolą się w kraju i poza jego granicami, szkolą się w dzień i w nocy. To właśnie generuje jakość. I to jest największa przygoda, a zarazem sukces młodego człowieka, który kończy ten kurs i osiąga upragniony cel: operator zespołu bojowego JWK.

Żołnierz w pełnym oporządzeniu z karabinkiem, przy ścianie budynku

Co jest trudniejsze — selekcja czy kurs bazowy? Co mówią sami żołnierze po latach?

Tu nie ma łatwych dni. Większość uważa, że kurs bazowy — bo jest kompletny: weryfikuje, naucza i sprawdza. Trwa też rok, a nie tydzień.

Dwaj żołnierze w zielonym kamuflażu i hełmach podczas szkolenia

O selekcji mówi się dużo, o tym roku prawie wcale. Czego w kursie bazowym z zewnątrz nie widać?

Jak wspominałem, nie lubię tych statystycznych pytań, które sztucznie budują elitarność podmiotu czy wydarzenia. Tu nie chodzi o to, ilu odpadnie, tylko ilu uda nam się wspólnymi siłami doprowadzić do końca. Ilu uda się nauczyć, ilu to zrozumie i wykona — pod presją czasu, pod czynnikami stresującymi, pod obciążeniem fizycznym.

To nasz wspólny cel: kandydata i kadry. Tu wszyscy dają z siebie maksa. A tu Państwa zaskoczę — instruktorzy też odpadają. Odpadają z procesu selekcji czy kształcenia, bo nie spełniają wymagań na tym poziomie albo nie dają z siebie wszystkiego.

Czy jest moment, w którym kandydat przestaje być kandydatem i staje się operatorem — dało się go uchwycić?

I tak, i nie — dlatego że do samego końca wszystko może się wydarzyć i potrafią odpaść najlepiej rokujący.

Ile z nowych rzeczy — systemy bezzałogowe, łączność, analiza informacji — trafiło już do szkolenia bazowego, a ile zostaje na później?

Tu trafia wszystko. Kurs bazowy JWK to również miejsce na „wgrywanie” młodemu operatorowi najnowszych procedur i znajomości najnowszego sprzętu — tak, żeby idąc na zespół, jeszcze bez doświadczenia bojowego, miał najnowszą wiedzę i umiejętności i żeby wniósł do sekcji czy grupy specjalnej wartość bojową.

Trochę jak w superklubach piłkarskich: kupują zawodników wybitnych, ale i tych z akademii, którzy mają ich wzmocnić.

Wraca Pan do słowa „kompletny”. Co konkretnie odróżnia kompletnego operatora od dobrze wyszkolonego żołnierza wojsk lądowych?

Jedną z najważniejszych cech, która wyróżnia operatora Wojsk Specjalnych od żołnierza Wojsk Lądowych, jest zdolność do adaptacji. Jest to szczególnie istotne na teatrze działań, gdzie sytuacja, zadanie i warunki mogą zmieniać się bardzo dynamicznie, ale równie ważne pozostaje w codziennym cyklu pracy i szkolenia oraz podczas kolejnych etapów transformacji jednostki.

Kompletny operator Wojsk Specjalnych, działający w ramach wielozadaniowych zespołów bojowych, które w naszym środowisku określamy jako Task Force, nie zawsze wykonuje zadania, z którymi kojarzony jest w filmach czy popularnych przekazach. Zakres jego działania jest znacznie szerszy i obejmuje wiele różnych rodzajów zadań, nie ograniczając się wyłącznie do rozpoznania specjalnego czy akcji bezpośrednich. Dlatego kluczową kompetencją jest nie tylko perfekcyjne wykonanie konkretnej procedury, ale przede wszystkim umiejętność dostosowania się do zmieniających się warunków, zadania, zespołu i środowiska działania.

Dowodzenie i misje

Po kursie bazowym operator trafia na zespół, a z czasem część z nich zaczyna dowodzić. Dowodził Pan sekcją, grupą specjalną i grupą wsparcia — co jest najtrudniejsze w przejściu od bycia operatorem do dowodzenia operatorami?

Napiszę krótko: operator to ekspert, a lider to menedżer. W JWK trudność polega na tym, że będąc liderem, musisz być również ekspertem w dziedzinie działań specjalnych. Dlatego kończysz kurs bazowy i masz swoją specjalizację w fazie planowania, przygotowania i realizacji misji.

Żołnierz w oporządzeniu przed śmigłowcem na lądowisku, w tle pasmo gór

Był Pan głównym doradcą komendanta Centrum Szkolenia Sił Specjalnych Afgańskiej Policji. Czego uczy szkolenie obcych sił?

Szkolenie żołnierzy i funkcjonariuszy na arenie międzynarodowej to ciągły rozwój i ogromne doświadczenie. W czasie służby szkoliłem i doradzałem mundurowym z wielu krajów. Największą satysfakcję miałem ze szkolenia SEAL-sów czy operatorów Green Berets z ODA — bo przecież to my uczymy się od nich nieustannie.

Żołnierz w hełmie z zestawem łączności, ujęcie z bliska

Jak doświadczenie bojowe z Iraku i Afganistanu zmieniło Pana jako instruktora w Pionie Szkolenia?

Doświadczony bojowo instruktor to już sam w sobie autorytet. Pewien mądry polski biznesmen powiedział mi kiedyś, że w szkoleniu i dzieleniu się wiedzą merytoryka jest bardzo ważna, ale dla niego najważniejsze jest doświadczenie.

Żołnierz w oporządzeniu przy terenowym pojeździe, w tle pustynne wzgórza

Wielu żołnierzy wspomina, że dopiero wyjazd na misję zagraniczną dał im możliwość sprawdzenia siebie i swoich umiejętności. Jak radzić sobie z brakiem takich rzeczywistych wyzwań bojowych w czasach bez misji zagranicznych? Czy to w ogóle realny problem?

Tak, to normalne dla operatora. Wyjazd na misję jest jak dla sportowca wyjazd na mistrzostwa czy olimpiadę. Myślę, że oni o tym marzą. Do tego są szkoleni, to ich praca i pasja.

Na pewno chcą sprawdzić samych siebie i nabrać doświadczenia bojowego, żeby być kompletnym operatorem sił specjalnych.

Mężczyzna w cywilnej koszuli z karabinkiem, nad zbiornikiem wodnym w terenie górzystym

Kandydat 2026

Przejdźmy do tych, którzy dopiero się zbierają. Ktoś ma przed sobą dwanaście miesięcy do selekcji — od czego powinien zacząć?

Zadać sobie pytanie: co ja w życiu chcę osiągnąć? Następnie zaplanować długoterminowy cel i być kreatorem swojego celu — Target Creator.

Mjr rez. Damian Matkowski w mundurze wyjściowym, sylwetka na ciemnym tle

Największy mit o selekcji do Wojsk Specjalnych, który chciałby Pan obalić?

„Że to nie dla ciebie, że się nie nadajesz”. Jeśli to usłyszycie, nigdy w to nie wierzcie. Nie decyduje o tym otaczające was środowisko ani pseudodoradcy. O tym zadecydują eksperci.

Instruktor w hełmie i oporządzeniu taktycznym podczas zajęć szkoleniowych

W rozmowie z dowódcą padło optimum 30–33 lata, przy praktycznej granicy około czterdziestki. Jak to wyglądało z Pana perspektywy — człowieka, który tych kandydatów oglądał na trasie?

Trzydzieści lat to w wielu dyscyplinach sportowych i zawodach świetny wiek, apogeum wielu rzeczy. Tu się nic nie zmieniło. Pamiętajmy natomiast, że niektórzy dojrzewają szybciej, a szkoda marnować talenty — jak hiszpański piłkarz Lamine Yamal, występujący w składzie Barcelony od szesnastego, siedemnastego roku życia.

Oczywiście ten wiek w odniesieniu do komandosów to na pewno za wcześnie, bo to nie sport. To tylko przykład na to, że w młodych trzeba inwestować i dawać im szansę. Dlatego co roku na selekcję zapraszanych jest wielu podchorążych i studentów akademii wojskowych.

Mówił Pan wcześniej, co słyszał kandydat po pierwszym odpadnięciu: „teraz jest dla ciebie za wcześnie”. A co powiedziałby Pan dziś komuś, kto właśnie nie przeszedł i pyta, czy w ogóle ma wracać?

Że więcej się nauczy. Że dzięki temu, że odpadł, będzie miał większe doświadczenie od tych, którzy zostali. Prawdziwych operatorów i ludzi sukcesu poznajemy po tym, jak podnieśli się z porażek, a nie po tym, ile zaliczyli sukcesów.

Źródła

  • Rozmowa przeprowadzona korespondencyjnie we wrześniu 2026 roku. Materiał autoryzowany przez rozmówcę oraz przez Jednostkę Wojskową Komandosów.
  • Zdjęcia portretowe i zdjęcie zespołu instruktorskiego: Robert Ceranowicz, publikacja za zgodą autora. Pozostałe zdjęcia pochodzą z archiwum rozmówcy i z materiałów Targets Creators.
  • Wypowiedzi dowódcy JWK przytoczone we wprowadzeniu pochodzą z naszego wywiadu z płk. Marcinem Suszką.

To jedna z rozmów, które publikujemy z okazji 65-lecia JW 4101 i 15-lecia Jednostki Wojskowej Komandosów. W pozostałych oddajemy głos ludziom, którzy patrzą na tę jednostkę z innych miejsc — od strony dowodzenia, szkolenia i rodzin. Wszystkim zadaliśmy jedno wspólne pytanie; ich odpowiedzi zestawimy w osobnym materiale.